niedziela, 28 lipca 2019

Znajomości zawarte na oddziale szpitala psychiatrycznego






"Przyjaciel to człowiek, do którego dzwonię po wielu miesiącach milczenia, a nie pyta: dlaczego się nie odzywałaś, tylko mówi: cieszę się, że właśnie dziś słyszę Twój głos."




Dzisiaj chciałabym napisać o fajnych znajomościach które zawarłam w szpitalu. Pozwolę sobie używać inicjałów, ze względu na to że nie chciałabym aby jakiekolwiek osoby zostały skojarzone. Wiadomo, w erze facebooka i instagrama można bardzo łatwo wyszukać czyiś profil.

W szpitalu, pomimo świadomości że są tam chore osoby to poznałam na prawdę kilka świetnych dziewczyn. Miałam wrażenie że zawsze mogę do nich pójść i się wygadać. Zawsze mogłam liczyć na jakąś pomoc z ich strony. To było bardzo miłe uczucie. Zwłaszcza że nie narzekam na to aby mieć jakąś ogromną liczbę znajomych. Miło było poczuć w końcu przyjazną atmosferę. Poczuć że ktoś na prawdę Cię lubi. W szpitalu po prostu przestałam czuć się samotna. Mogę powiedzieć że dzięki koleżankom poznanym na oddziale bardzo szybko doszłam do siebie po załamaniu nerwowym i myślach samobójczych.



Na pierwszym pobycie:


  • K. Do dzisiaj mamy kontakt na facebooku. Żałuję bardzo że nie jest to kontakt bezpośredni lecz niestety koleżanka mieszka w innym mieście. Obydwie bardzo lubimy koty i zauważyłam że jesteśmy razem na jednej z grup o kotach na facebooku. Obydwie lubimy czarny humor. Jest to osoba która podobno lubi czytać moje posty. Bardzo mi miło. Daj znać jak będziesz w moim mieście. Musimy się spotkać.

  • F akurat jest mężczyzną lecz bardzo miło go wspominam. Super grał na gitarze. Poprawiał tym wszystkim humor. Miał intrygujące podejście do życia. Było między nami dużo śmiesznych sytuacji. Uwielbiał muzykę jazzową tak samo jak Ja. Ogólnie oryginalny człowiek z barwną osobowością i dużą dawką poczucia humoru.

  • Z. Moja kochana mordeczka wariacik. Zawsze w swoim świecie między książkami. Fanka Gry o Tron tak samo jak Ja. Cudowna osoba, bardzo ludzka i życzliwa dla innych. Można poczuć się bardzo swobodnie w jej towarzystwie. Pamiętam jak jeździłyśmy na wrotkach po naszym pokoju.

  • O. Moja stara sąsiadka z dzielnicy z której wyprowadziłam się jakiś czas temu. Było to dla mnie wielkim szokiem spotkać się akurat na terenie oddziału szpitala psychiatrycznego po około 6 latach. Od razu zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać tak jakby kontakt nigdy nam się nie urwał. Kochana osoba. Bardzo pomocna i życzliwa. Uwielbiam z Tobą babskie ploteczki. Razem z Z i O jeździłyśmy razem na wrotkach po pokoju i do dzisiaj mam filmik który bardzo mnie bawi.


Na drugim pobycie:


  • D. Świetna dziewczyna. Świetna osoba. Mam wrażenie że nadajemy na tych samych falach. Super poczuć że ktoś ma tak podobne poczucie humoru do twojego. Okazało się że obydwie lubimy bardzo podobną muzykę i seriale. Obydwie mamy fazkę na Orange is the New Black. Uwielbiamy grać w simsy. Pić jagerka i palić dobry tytoń typu "Casablanca". Nauczyła mnie skręcać papierosy maszynką. Bardzo przydatna umiejętność. Super czuję się w jej obecności i nie mogę się doczekać aż opuści mury szpitalne. Od razu porywam na jagerbombę.



  • M. Aniołek w czystej postaci. Artystka. Dosłownie artystyczna duszyczka. Osoba która ciągle mnie przytulała i głaskała po głowie jak było mi smutno. Potrafiła rozbawić mnie do łez swoim tańcem na łóżku szpitalnym albo faktem że nie umiała się zaciągnąć papierosem. To było mega cute. Moja kochana. Liczę na spotkanie w jak najszybszym terminie.

Do usłyszenia jutro.
Bardzo dziękuje za poświęcony czas.

sobota, 27 lipca 2019

Szpital psychiatryczny z punktu widzenia pacjenta

W szpitalu psychiatrycznym byłam dwukrotnie przez okres całego swojego życia. Za pierwszym razem była to próba samobójcza. Połkniecie około 25 tabletek Venlafaxyny spowodowane problemami z matką oraz z partnerem. Głównie chodziło o moją mamę; chciałam by po mojej śmierci w końcu zmądrzała i była dobrym rodzicem dla mojej młodszej o 8 lat siostry. Znaleźli mnie współlokatorzy gdy usłyszeli że wymiotuje na podłogę i się duszę. Zadzwonili po pogotowie. Przyjechali ratownicy medyczni. Byłam agresywna więc pod eskortą policji pojechałam na oddział toksykologiczny.

Na oddziale toksykologii byłam 3 dni. 3 dni podłączona pod kroplówki wypłukujące ze mnie toksyny spowodowane lekami (polekowy zespół serotoninowy). Bardzo mocno chciało mi się przez nie "siusiać". Na szczęście nie podłączyli mi cewnika (podobno jest to bardzo nieprzyjemne) tylko pozwolili załatwiać się do "basenu" który miałam postawiony obok łóżka szpitalnego. Nic nie jadłam. Rosół - chociaż powinien być raczej nazwany rosołem w cudzysłowie - był zrobiony z kostki. Dosłownie. Kostka rosołowa zalana wrzątkiem z dodatkiem rozgotowanego makaronu. Pulpet rybny z niewiadomego pochodzenia ryby z ościami. Rozgotowane ziemniaki. Zdechła surówka z marchwi. Okay, rozumiem. Powinnam się cieszyć że w ogóle dostałam coś do jedzenia bo niektórzy nie mają takiego szczęścia. Chodzą głodni, są bezdomni. Dzieci w Afryce. Wszystko rozumiem lecz wydaje mi się że jeżeli jest się w szpitalu to powinno się dostać zdrową i zbilansowaną dietę, która pomoże w zdrowieniu a nie "rosół" nafaszerowany chemią bez żadnych składników odżywczych.

W ciągu drugiego dnia przyszły do mnie studentki psychiatrii. Miałam rozwiązać test na 500 pytań. Praktycznie w jednej trzeciej się poddałam. Byłam naćpana Relanium na uspokojenie. Relanium / benzodiazepiny. Rozpłakałam się. Przyszedł do mnie psycholog. Zwyzywałam go. Nie chciałam nikogo widzieć. Mój mózg był otumaniony. Nie pamiętam dokładnie co robiłam.

3 dzień. Wyjazd do szpitala psychiatrycznego. Karetka. Przyjęcie na oddziale. Nie było dla mnie akurat miejsca więc musiałam na jedną noc pójść na oddział dla alkoholików. Wprowadzali mnie ciemnymi brzydkimi korytarzami. Wyglądało to jak w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Wszędzie kraty w oknach. Stanęłam na środku korytarza, gdy zorientowałam się gdzie jestem to zaczęłam wręcz wyć z przerażenia. Bardzo się bałam. Podeszli do mnie inni pacjenci. Zaczęli mnie pocieszać i uspokajać. Dzięki tym osobom przetrwałam pierwszą noc w szpitalu.

Kolejnego dnia zostałam przeniesiona na właściwy oddział dla depresji i zaburzeń osobowości. Spędziłam na nim dokładnie 23 dni. Z tamtego pobytu pamiętam mało. Było to w styczniu tego roku a ze względu na moje problemy z pamięcią, ciężko mi opisać doświadczenia sprzed kilku miesięcy. Opiszę bardziej dokładnie drugi pobyt. Wyszłam 4 dni temu ze szpitala także jestem w stanie bardziej dokładnie się rozpisać.

Za drugim razem zgłosiłam się sama. Przestałam brać leki które miałam ustawione przez lekarza psychiatrę. Był to bardzo duży błąd. Bardzo często powtarzany przez wiele osób. Myślałam że jeżeli czuję się już super to mogę sama z siebie odstawić psychotropy. Bardzo się myliłam. Wraca jeszcze gorszy stan niż sprzed początku brania aktualnych leków i znowu może dojść do tragedii. Powróciły do mnie myśli samobójcze pomimo że z partnerem w tym momencie bardzo dobrze nam się układało. Dałam się zamknąć w szpitalu dla Niego. By odpocząć od rzeczywistości i móc przemyśleć sobie wiele spraw. By być dla Niego jeszcze lepszą wersją siebie.

Rozpiszę Wam teraz za pomocą podpunktów jak wyglądał mój dzień na oddziale:


  • 7:00 GIMNASTYKA

  • 7:30 ŚNIADANIE

  • 8:00 LEKI

  • 9:00 DO OKOŁO 10:00 OBCHÓD LEKARZY PO WSZYSTKICH SALACH PACJENTÓW (trzeba było siedzieć na swoim łóżku i czekać na cały personel oddziału. Odpowiedzieć na kilka prostych pytań Pani Ordynator oddziału pt: "Jak się Pani spało?", "Jak się Pani czuje?" itp.)

  • 10:00 do 12:30 CZAS WOLNY (najczęściej spędzany w gronie koleżanek z oddziału - w końcu poczułam że ktoś mnie rozumie - w końcu miałam koleżanki które chyba na prawdę polubiły to jaką jestem osobą. Przestała w końcu doskwierać mi samotność.)

  • 12:30/13:00 OBIAD

  • 14:00 LEKI (tylko niektóre osoby dostawały leki popołudniowe. Ja przez jakiś czas musiałam brać furaginę na pęcherz bo niestety cierpię na chroniczne zapalenie pęcherza i przydatków od dziecka. Higiena toalet pozostawiała wiele do życzenia w owym szpitalu więc niestety doszło u mnie do zakażenia.)

  • 14:00/16:30 CZAS WOLNY (chyba że aktualnie pani terapeutka miała czas to o 15:00 zabierała niektórych pacjentów (którzy otrzymali zgodę od lekarza prowadzącego) na spacer po terenie szpitala.)

  • 16:30 KOLACJA

  • 17:00/20:00 CZAS WOLNY

  • 20:00 LEKI

  • 22:00 CISZA NOCNA

Jak widzicie szpital psychiatryczny zapewnia tylko i wyłącznie pomoc w odpowiednim dobraniu leków. Wszystkie zajęcia w czasie wolnym musieliśmy razem z innymi pacjentami wymyślać sobie sami. Nie było odpowiedniej ilości personelu do tego aby zając się wystarczająco wszystkimi pacjentami. Czystość toalet i całego oddziału pozostawiała wiele do życzenia. Panie sprzątające myły drzwi brudnymi mopami którymi myły również podłogi na całym oddziale. Jedzenie było delikatnie lepsze od tego na oddziale toksykologicznym. Wszystko trzeba było dosalać i dopieprzać. Zupy były robione na wodzie. Ziemniaki były stare i bardzo mączne. Jajka gotowane na twardo były nie świeże - nie dość że bardzo brzydko pachniały to miało się po nich rewolucje żołądkową. Ogólnie jestem w stanie powiedzieć że po całej tej szpitalnej diecie miałam problemy gastryczne. Ciągłe wzdęcia, biegunki i zatwardzenia naprzemiennie, gazy. To była norma po tym jak nas karmili.

Jestem już bardzo zmęczona... 
Dokończę opowieść jutro.

piątek, 26 lipca 2019

Witajcie...

Przez dłuższy czas zastanawiałam się nad tym czy powrócić do blogowania. Kiedyś lubiłam umieszczać swoje wpisy w internecie. Teraz jak przeczytałam kilka ze swoich starych postów to wywołało to we mnie pewne rozczulenie ale też pewną dawkę autorefleksji; jak człowiek jest w stanie się zmienić i wydorośleć w przeciągu około 5/6 lat. 

Na ten moment mam 22 lata i patrząc wstecz aż mi głupio z powodu jaką byłam naiwną nastolatką. Nastolatką myślącą że wszystko to co dzieje się wokół niej jest spowodowane po prostu jej osobą - nie była to prawda. To smutne jak choroba psychiczna najbliższej osoby jest w stanie działać destrukcyjnie na twoją duszę i zdrowie. Kiedyś wydawało mi się że zachowanie mojej matki jest po prostu normalne. Że wszystkie te teksty pod tytułem "Polałam typowi drzwi benzyną i podpaliłam bo wisiał mi pieniądze.", "Zobacz jakiego mam gloka, nie trzymam go w domu ale zobacz jak wygląda.". Maczeta leżąca na pralce w łazience. Ten strach czy matka nie zrobi krzywdy sobie bądź komuś. Ciągły strach i stres; czy znowu będzie wyładowywać frustracje za zamkniętymi drzwiami na mnie i mojej siostrze? 

Nie chce się użalać nad sobą. Chce pisać bo jest to dla mnie pewnego rodzaju terapia. Potrzebuję miejsca w którym mogę wylać wszystkie swoje emocje które od bardzo długiego czasu kłębią się w mojej duszy i sercu.

3 dni temu wróciłam do domu po pobycie w Gdańskim Szpitalu Psychiatrycznym zwanym potocznie "Srebrzyskiem". Był to mój drugi pobyt. Byłam dokładnie 20 dni na oddziale. Zgłosiłam się tam sama przez przytłaczające myśli samobójcze. Nie chciało mi się żyć. Bałam się że mogę zrobić krzywdę sobie lecz przede wszystkim mojemu partnerowi którego moja śmierć mogłaby zniszczyć emocjonalnie. Nie chciałam go więcej zranić. Kocham go więc chce wyjść z choroby dla Niego, chce być w przyszłości dobrą żoną i matką.